Przed opuszczeniem polnocnego Kamerunu zaliczylem jeszcze buziaka od pieknej afrykanerki. A zdarzylo sie to tak. Wchodzimy do knajpy a tam gotuje mamuska i trzy jej corki. Siadamy, zamawiamy jedzenie i saczymy piwko. A te trzy dziewczyny sie kreca. Wysokie i ksztaltne. Zauwazylem, ze jedna sie przebrala w inna spodnice a druga zalozyla skorzana torbe przez ramie. Po jedzeniu jedna z nich podchodzi i pyta sie kiedy wrocimy. No ja mowie, ze moze za 15 lat z moim synkiem. A z synkiem - to Tys zonaty? No tak. Piekne siostry - mowie. Przy wyjsciu jedna z nich wyraznie nie chce poscic mojej dloni. No i tak patrzymy na siebie przez chwile i w koncu dostaje buziaka w policzek i odjezdamy do Maroua.
Kolejne dni znowu sa ciezkie. Najpierw 8 godzin drogi autobusem do N'Gaoundere. 6 godzin czekania na pociag. Od razu po przyjezdzie do Ngaoundere poszlismy kupic bilety, ale nie do stacji koncowej, tylko do lezacej z srodku drogi. Bileciarz mowi, ze on sprzedaje bilety tylko do stacji koncowej. Okienko sprzedajace bilety do stacji posrednich bedzie otwarte za 3 godziny. Czekamy te 3 godziny z pobliskim barze jedzac u babki pieczona rybke. Jestem zmeczony. Polozylem sobie plecaki na ziemi i leze rozmyslajac. Doszedlem do wniosku, we motocykl jest tutaj praktycznie podstawowym srodkiem komunikacji. Jedyne czego nie widzialem to motocykla przewozacego samochod. 4 dorosle osoby plus 2 dzieci (jedno na baku a drugie wisi w huscie u matki siedacej na koncu) to norma. Widzialem motor przewozacy drugi motor, szafe, 200 litrow paliwa a nawet plyte sklejkowa o wymiarach 2 na 4 metry. Gosciu po prostu ciagnal jeden koniec po ziemi. No, ale to jeszcze nie koniec
pobytu. Moze cos ciekawego jeszcze zobaczymy!
W srodku nocy wysiadamy w Belabo. Tam bierzemy autobus do Bertoua - glowego miasta w tym rejonie. Ledwo autobus ruszyl i po 500 metrach staje z piskiem opon. Kierowca i jego pomocnik wyskakuja i sciagaja kogos z dachu. Jest jakas szarpanina. Nie wiem czy ktos chcial za darmo przejechac, czy tez chcial z gory sciagnac bagaze. W Bertoua pomaga nam wojskowy ktorego poznalismy zaraz po wyjsciu z pociagu. Pokazuje gdzie mamy kupic bilety na kolejny odcinek drogi. Potem bierze nas do spleluny "Barack Obama". Jest 2-ga w nocy. Siedza tak jakies mety. Jakis podpity gosciu wykonuje jakies zwolnione wygibasy obserwujac siebie samego w lustrze. Wojak stawia nam po piwku i po pol godzinie spadamy na nasz autobu, ktory mial odjechac okolo 2.30. Odjechal dopiero o 5-tej. Jest ciemno i nie widac nic wokolo. Czuje jednak, ze droga jest ciezka. Kiedy robi sie jasno okolo 6.30 sytuacja staje sie jasna. Jedziemy czerwonawa kurzysta droga. Cale moje spodnie, koszula, twarz w kolorze cegly. Wygladamy zalosnie, ale dotqrlismy do Batouri! Od momentu wyjazdu z Maroua minelo 26 godzin.
Szybko cos jemy, prysznic i do lozka. Budzimy sie o 2-giej i odkrywamy, ze gdzies zgubilismy Pawla ksiazeczke szczepien. To bardzo niedobra wiadomosc na 1 dzien przed przekroczeniem granicy do Republiki Srodkowej Afryki (RSA). Idziemy cos zjesc i obgadac co w tej sytuacji zrobic. Wchodzimy do knajpy i jak spod ziemi wyrasta podpity koleszka i mowi, ze tu tylko jest piwo i on nas zaprowadzi do knajpy. Wychodzimy na zewnatrz, gwizd i mamy é moto-taxi. Siedzimy w tej knajpie, koles tez i przypominam sobie, ze mam skan Pawla szczepienia na koncie emailowym. Tylko, ze w Batouri nie ma internetu. Wspominam o tym naszemu koleszce o imieniu Ivo i jak to bywa w Afryce wszystko mozna zalatwic. On zna odpowienich ludzi. Taka okazja chyba nie natrafia mu sie czesto by mozna bylo cos zalatwic dla bialasow. Najpierw chce kase na napelnienie konta telefonu komorkowego, by zwolac odpowiednich ludzi. Potem trzeba na nich czekac - najprzyjemniej oczywiscie przy piwku. Po
jakis 40 minutach pojawia sie wreszcie pierwszy gosciu i jest kolejna okazja do piwka. W koncu jedziemy do biura Camtel'u glownej firmy komunikacyjnej Kamerunu. Brakuje jeszcze jednego goscia, ktory ma klucze do pokoju z komputerem. W koncu przyjezdza. Komputer wolny. Na zalogowanie potrzebujemy 10 minut. W koncu udaje nam sie scignac ten cholerny plik, ale drukarka nie ma tonera. Wycigam pojemnik z tonerem i trzese nim tak, ze reka az boli. Udalo sie. Cos tam widac. Nas koles Ivo dumny jak paw. Trzeba teraz oblac udane zalatwienie sprawy. Akurat byl mecz Kamerun-Nigeria i Kamerun wygral 2:0 i cale miasto oszalalo. Do naszego stolu dolaczli jacys koleszkowie i rachunek oczywiscie przyszedl do nas. No nic, ale mamy to co chcielismy. Idziemy na miasto cos zjesc. Batouri to miasto polozone z dzungli. Ma dwie gliniaste drogi i wszedzie unosi sie kurz. Ale mimo tego kobiety chodza czysto ubrane i czasami w jakis zgrabniutkich bucikach. Jemy smazona rybe od
kobiety siedzacej w grillem na ulicy.
Dzis wazny dzien - przekraczmy granice. Wstajemy do 4.15, bo autobus ponoc wyrusza o 5-tej. Ostatecznie ruszylismy o 6.30. W miedzyczasie bylo przerzucanie bagazy z dachu na dach, bo ponoc zmienil sie autobus. Potem dlugo nikt nie wsiadal i nagle na jakis niewidzialny znak ludzie zaczynaja wchodzic. Przez 20 minut odbywa sie kompresja pasazerow i potem wreszcie odjazd. Jest to najbardziej zniszczony autobus jakim jechalismy. Siedzenia zrobione sa z chamsko pospawanych rur. We wiosce zaraz za Batouri ktos pokazuje, ze cos jest nie tak pod autobusem. Cieknie paliwo. Dziura jest u gory baku, wiec chlopacy odpompowuja czesc ropy i baniak wrzucaja pod jedzenie pasazerow. Droga jest zwirowa. Od czasu do czasu mijamy jakies pojedyncze wioski. Poza tym las. Od czasu do czasu przejedzie jakas ciezarowka ze scietymi pniami ogromnych drzew. Okolo 8-tej docieramy do Kentzou - miasteczka lezacego na granicy z RSA. Napotykamy bialych pracujacych w RSA w szpitalu i dostajemy cenne wskazowki. Pieczatke wyjazdu z Kamerunu dostajemy zaraz potym jak urzednik skonczyl jesc obiad. Granica rozciaga sie na dlugosci 10 kilometrow. Bierzemy wiec moto-taxi. Kierowca do malego bagaznika przywiazuje nasze 2 plecaki i sam siada na baku. Ja siedze w srodku i uzywam na nogi podporek kierowcy. Pawel ma podporki pasazera. Nogi kierowcy wisza w powietrzu. Jedziemy. Do rzeki stanowiacej wlasciwa granice sa 2 szlabany obstawione przez wojsko kamerunskie. Sciagaja od nas po 2000 CFA za "oplate administracyjna", czyli przegladniecie paszportu. Wjezdzamy do RSA. Tam jest chyba z 8 roznych budynkow kontrolnych, ale my musimy zaliczyc jedynie 3: wojsko, policje i kontrole sanitarna. Kazdy sciaga kase, ale goscie sa mili. Pawlowi za "odpowiednia" oplata wystawili nawet oryginalne swiadectwo szczepienia. W naszym motorze mamy flaka w tylnim kole. Kierowca gdzie pojechal po pompke. Musimy jeszcze dojechac do Gamboula, by dokonczyc formalnosci
i zlapac transport do Berberati. Pompujemy szybko kolo i jedziemy. Po paru minutach znowu flak. Pompujemy; wskakujemy na motor i jedziemy ile sie da. Docieramy do Gamboula i dostajemy pieczatki wjazdowe. Jestesmy w RSA!
Stoi mala toyota; ktora odjedzie do Berberati jak sie zapelni. Nawet nie trwa to dlugo. Droga jest piekna. Dokladnie taka Afryke chcialem zobaczyc. Czerwona droga i sciany zielonej dzungli po obu stronach. Pierwsza kontrola. Gdzie jedziecie? Macie oficjalne papiery, ze jestescie turystami? Nawet jakbysmy mieli, to byloby kolejne pytanie o jakis papier. Potem trzeba zaplacic za przejazd. Jestesmy na to przygotowani. Placimy tyle ile goscie chca. To ich kraj i terytorium. Slyszalem, ze kiedys wyplaty dla wojska nie byly wyplacana przez 3 lata, bo rzad nie mial kasy. A z czegos trzeba zyc. Nawet sie nie denerwuje na te oplaty. Przez te 50 euro nie zbiednieje. Zanim dojechalismy do Berberati byly jeszcze 3 kontrole. Cena za przejazd rosla w miare jak zblizalismy sie do miasta. Kierowca byl na tyle mily, ze podrzucil nas do misji katolickiej. Caly dzien praktycznie nic nie jedlismy. Wychodzimy do miasta po bagietki i puszki sardynek. W naszym pokoju nie ma swiatla. Nagle widze, ze cos rusza sie na naszej bagietce. Oswietlamy latarke a tu duzy jak kciuk karaluch. Palaszujemy jedzenie i spac.
Rano witamy sie w ksiedzem misji. Ponoc pracuje tu Polak, ale dzis musial pojechac do stolicy RSA - Bangui. Inny ksiadz, lokalny zabiera nas na przejazdzke po miescie. Po 1 dniu w RSA moge stwierdzic, ze przynajmniej ta czesc kraju jest bardzo przyjazna. Mam nowy problem ze zdjeciami. Kiedy tylko wyciagne aparat od razu mam w obiektywie cala zgraje dzieciakow i trudno mi wyselekcjonowac jedno. Zdecydowanie jak na razie to najbardziej "afrykanski" kraj z krajow Afryki jakie widzialem.
Jutro ruszamy na poludnie do Bayanga i parku Dzangha-Sangha.
Krzysiek
Comments