Dotarlismy wreszcie do zachodniej czesci Kamerunu. Do Nigerii stad niedaleko. I ludzie gadaja po angielsku. Jako baze na ten rejon obralismy Bamende. To troche inna Afryka niz ta ktora doswiadczalismy przez poprzednie 2 tygodnie. Widac tu odrobine luksusu. Wszystkie podstawowe dobra zostaly juz zapewnione i mozna sobie pozwolic na wiecej. Dziewczyny chodza ladnie ubrane. Widac spodnice ponad kolana, czasem wysokie obcasy i farbowane wlosy.
Pojawili sie tez cwaniaczkowie. Jednym dalismy sie nabrac, choc nie do konca. Idziemy ulica i biegnie facet. Wypada mu koperta. W tym samym czasie my i jeszcze jeden koles wolamy, ze cos zgubil. Gosc udaje szczesliwego. Cala jego kasa. Macie tu chlopaki na piwo za pomoc. Daje 10000, ale nie nam, tylko temu koleszce co tez mu zwrocil uwage. Teraz trzeba sie podzielic tymi 10 tysiacami. Chce od nas 5 tysiecy. Dajemy mu. On wtedy patrzy na te 10 tysiecy i mowi, ze nie jest pewny czy sa prawdziwe. Chce bym mu dal inne 10 tysiecy dla porownania. Cos mi tu nie gra. Po cholere mu te 10 kafli. Wokol robi sie glosno. Jakis inny mowi - daj mu, to dla twojego bezpieczenstwa. Wyciagnalem portfel, ale po chwili go schowalem. Juz wiem, ze to sztuczka, ale jeszcze nie wiem co bedzie dalej. Gosciu sie zorientowal, ze my wiemy, ze to sztuczka. Robi pare ruchow reka tak jakby myl rece i forsa znika. Stracilismy 10 dolarow. Nic wielkiego.
W pierwszy dzien w Bamenda po prostu rozkoszujemy sie wolnym czasem. Pare godzin siedzimy w knajpce z przepieknym widokiem na miasto. Zamawiamy afrykanskie zarcie. Wzialem fufu corn z djama djama i kati kati. Fufu corn to cos jak rozgotowany ryz. Djama djama to zielsko o smaku szpinaku. Kati kati to smazony kurczak. Calkiem dobre.
Bamenda dzieli sie na dwie czesci. Na wzgorzu ponad miastem znajduja sie budynki administracyjne. W dolinie, wiecznie zasnutej spalinami znajduje sie czesc mieszkalna i biznesowa. Obie czesci polaczone sa kreta droga, ktora ma opinie drogi o najwiekszej ilosci wypadkow w Kamerunie.
Na nastepny dzien jedziemy do wioski Bafut. Jest tam palac wladcy tej czesci regionu. Wladca nie nazywa sie krolem ale Fonem. Taki system istnieje od 16 wieku, kiedy ludzie z plemienia Tikar uciekali od handlarzy niewolnikow. Zjednoczyli sie w krolestwa i na czele kazdego stal Fon. Miedzy latami 1900-1914 krolestwo Bafut walczylo z Niemcami, ktorzy probowali tu kolonizacji. Fon nigdy nie umiera, ale gdzies znika. Obecny Fon jest 11-stym w historii. Ma okolo 60 zon, ale slowo zona nie oznacza zawsze tego samego. Nie kazda zona jest po to by umilac zycie Fona. Czesc zon dziedziczy sie po ojcu, ktory zniknal. Zona to po prostu kobieta, ktora ma jakas role w gospodartwie i o ktora trzeba zadbac. Zony, ktore umilaja zycie Fona nazywa sie mlodymi zonami. Takich ma 6. Jedna z nich oprowadza nas po palacu. Jest tam ogromny kompleks z domami dla zon. Jest tez najstarszy budynek w afryce zachodniej - 600 lat- nazywany Achum. Wejsc tam moze jedynie Fon i jego doradcy. Pawel wyciaga z plecaka buteleczke whisky i prosimy o audiencje u Fona. Dostajemy zgode. Jako osoba boska nie mozna go dotykac. Po prostu gawedzimy i cykamy zdjecia. Fon i jego krolestwo zostalo w sprytny sposob wkomponowane w system administracyjny Kamerunu. Fon jest zawsze bezpartyjny, ale jest na liscie plac rzadu i spelnia funkcje zarzadcy rejonu. W ten sposob polaczono tradycje z nowoczesnoscia.
W kolejny dzien jedziemy do malej wioski Sagba, jakies 20 km za Bamenda. Teren jest tam fantastyczny. Setki wzgorz pokrytych palmami. Od czasu do czasu widac jakis wodospad, pole uprawne, sad. Wchodzimy na najwyzsze wzgorze w okolicy i przez pare godzin rozkoszujemy sie zielonym widokie. Wiart chlodzi ciala. Wokol lataja duze ptaki wykorzystujace podmuchy powietrza do utrzymania sie w locie. Wokol skacza i cwierkaja koniki polne. Ot, taka zielona i przyjazna Afryka.
Krzysiek
Comments