Do Bayanga jedziemy z calym tabunem ludzi. Obok siedzi sobie taka spokojna kobieta z malym synkiem na kolanach. Dzieciak moze ma 2-2.5 roku. Caly jest pokryty chrostami. Siedzi taki biedny, spac mu sie chce i przytula sie do mamy. Jak tak jedziemy to nachodza mnie rozne refleksje. Jakie zycie czeka takiego malego chlopczyka. Czy dotrwa do krytycznego wieku 5 lat, gdzie pojawia sie szansa na dozycie do doroslosci. Co bedzie robil do wieku mlodzienczego. Czy ma jakies marzenia. Czy jak patrzy ma mnie to zdaje sobie sprawe jaki jest swiat poza afryka. Moze mysli, ze tez mieszkam w jakiejs chacie i po prostu przyjechalem od siebie taka ciezarowka. Wysiadaja doslownie w szczerym lesie. 2 czy 3 rozwalajace sie chaty. Matka kladzie chlopczyka na ziemi, gdzie stoi boso i nie spuszcza oczu z mamy, ktora wyciaga z ciezarowki jakies pakunki i kisc bananow. Taka podroz wymaga uodpornienia na wszechobecna biede i nedze. Zdaje sobie sprawe jak jestesmy uprzywilejowani rodzac sie w Europie. Tutejsi ludzie maja malutki margines miedzy zyciem a smiercia. Wystarczy, ze ziemia nie urodzi i nie bedzie co wlozyc do buzi. Maly wybryk natury moze miec niesamowite konsekwencje. Dlatego znowu robie postanowienie, ze w zyciu nie mam prawa na nic narzekac.
Bayanga strasznie mi sie podoba. Po prostu nie chce sie wyjezdzac. Piaskowe ulice i drewniane domy. Brak elektrycznosci. W naszym malym 5-pokojowym hoteliku kazdego wieczora przed drzwiami znajdujemy maly plastikowy czajniczek z woda do mycia i palaca sie lampa naftowa. Myjemy sie na podworku. Ten maly czajniczek musi wystarczyc. Obok slysze dzwiek przelatujacej gdzies swini. Jakis kurczak gdzies zapieje.
Pierwszy dzien w Bayanga mija na polowaniu z uzyciem sieci. W tym celu udajemy sie do pobliskiej wioski pigmejow. Oni jakby tylko czekali az sie pojawimy. Od razu jest ich chyba z 10-ciu razem z sieciami. W takim polowaniu moga brac udzial zarowno kobiety jak i mezczyzni. Ruszamy w las. Kiedy robi sie gesciej pigmeje decyduja, ze tu bedzie dobra okolica na polowanie. Szybciutko rozkladaja sieci w ksztalcie polkola. Szybko przeciskaja sie przez najmniejsze dziury miedzy krzakami i rozpinaja siec. Potem po cichu ida z drugiej strony i zaczynaja wszyscy robic halas. Sploszona zwierzyna zaczyna uciekac w przeciwna strone i wpada w rozpiete sieci. Nic nie zlowilismy. 2 porcupines (jak to jest po polsku?) wpadly w siec, ale udalo im sie wydostac. W lesie jest niesamowicie duszno. Tak duszno, ze czuje strugi potu sciekajace po koszulce. Powtarzamy jeszcze rozpinanie sieci ze 2 razy i wracamy do wioski. Ponoc niektorzy pigmeje chodza polowac w nocy, ale tydzien przed naszym przyjazdem kogos ukasila zolta mamba i zmarl w szpitalu.
Drugi dzien w Bayanga to ogladanie zwierzyny. Najpierw jedziemy do obozu Bai Hokou, gdzie WWF ma swoja stacje badania goryli nizinnych. Tam dostajemy dwoch tropicieli, ktorzy doprowadza nas do miejsca gdzie sa goryle. Najpierw zostajemy poinformowani jak mamy sie zachowywac w lesie. Najwiekszym zagrozeniem sa slonie. Jak sie napotka takiego slonia na trasie i slon zaczyna atakowac to trzeba brac nogi za pas. Z kolei jak bedziemy juz na terenie goryli i goryl zacznie atakowac to nalezy robic dokladnie odwrotnie i stac ze spuszczonymi oczyma. Ruszamy. Poczatkowo droga wiedzie przez dosc rzadki las. Nie ma specjalnie duzych gaszczow. Na ziemi leza glownie duze, wysuszone liscie. Na 10 minut musimy zdjac buty i brodzimy przez strumyki. Po godzinie zaczyna sie robic gesciej. Nasz tropiciel, pigmej, szybko wynajduje luki w gaszczu i sie latwo przemieszcza. Ja mam wrazenie, ze wszystko sie mnie czepia. Czasem zaczepiam sie w trzech miejscach jednoczesnie - na
glowie, koszula i spodniami. Pigmej zaczyna wydawac rozne ptakopodobne dzwieki - komunikuje sie z druga grupa, ktora wie, gdzie sa goryle. Jak dochodzimy to malpy sa wysoko na drzewie. Jest jeden ogromny samiec Makumba, 6 samic i jakies 10-12 maluchow. Mozemy zostac jedynie przez godzine. Nie mozemy kichac ani smarkac na ziemie, jedynie we wklasna koszule. Goryle moga latwo sie zarazic, ale nie maja naszych antycial. Poczatkowo goryle chodza od galezi do galezi i lamia male lodygi i jedza owoce. Dorosly goryl wazy do 250 kg, ale przemieszcza sie po drzewie z zadziwiajaca latwoscia. Potem wszyscy jeden po drugim zjezdzaja po lianach na ziemie. Jedna samica nawet z maluchem przyczepionym do plecow. Stracilismy je z oczu bo wokol niesamowicie gesto. Udaje nam sie podejsc na odleglosc jakis 4-5 metrow. Probujemy robic zdjecia, ale ciezko, bo ciemno i nigdy nie mozna zlapac calej sylwetki goryla. Po godzinie ruszamy z powrotem. Po poludniu jedziemy na miejsce zwane Dzanga Bai, gdzie w masowych ilosciach gromadza sie slonie. Faktycznie, jak dochodzimy przed nami otwiera sie ogromna polana a na niej jakis 40-50 sloni. Sa to slonie lesne, mniejsze od tych wystepujacych na sawanie. Taki duzy slon z sawanny nie przedostal by sie miedzy drzewami w lesie. W tej glebie jest mnostwo mineralow. Slonie kopia doly i wysysaja z ziemi wartosciowe mineraly. Siedzimy tak chyba ze 2 godziny i obserwujemy ten illydyczny widok. To byl wyczerpujacy dzien. Jemy rybe na kolacje i szybko idziemy spac.
Na trzeci dzien zalatwiamy sobie tradycyjne canoe wykonane z pnia drzewa, (tzw. dlubanka) i plyniemy rzeka Sangha. Napotykamy polozone w dzungli obozy rybakow. Na piasku widac slady zolwia. Jacys kolesie wioza cale kontenery lokalnego wina zrobionego z jakiegos rodzaju palmy, ktore fermetuje w pol dnia. Probowalismy - nawet dobre. Slodkie. Sangha nie jest gleboka. Czesciej mozna sie odpychac od dna niz wioslowac. Roslinnosc wzdluz brzegow jest nieprzenikniona. Nawet jak udaloby sie przybic do brzegu to nie byloby szansy pojsc dalej.
Po powrocie do Bayangi organizujemy 2 motocykle ktore zawioza nas do granicy z Kamerunem. To ponoc jedynie 30 kilometrow, ale droga nie jest czesto uzywana i potrafi byc zarosnieta. Przy wyjezdzie mijamy kobiety pigmejskie zanoszace do wiosek drzewo zebrane w lesie. Jedzie sie ciezko, bo trzeba jechac po jednej z kolein, a z boku drogi wystaje mnostwo krzakow i galezi. Raz, czy dwa musimy zejsc z motorkow, bo sa duze kaluze. Docieramy do Lidjombo. Byla to kiedys plantacja kawy, ale teraz stoi opuszczona. Wojsko kasuje od nas za przejrzenie paszportow. Kilometr dalej jest posterunek policji, gdzie dostajemy pieczatki wyjazdowe z RSA. Wsiadamy do canoe-dlubanki i plyniemy przez rzeke Sangha do Kamerunu. Po godzinie jestesmy po drugiej stronie. Pod koniec chlopcy zaczeli szybciej wioslowac, bo lajba zaczela nabierac wody. Bierzemy jeden motocykl i jedziemy 6 km do wioski Libongo, gdzie jest posterunek policji. Policjanci informuja nas, ze granica z RSA jest zamknieta i nie mozemy wjechac do Kamerunu. Jak chcemy to mozemy wracac na rzeke i plynac do Kongo. Ok, ok, mozemy zrobic dla was wyjatek, ale to bedzie kosztowac. Szybko negocjujemy obnizke 50% i dorzucamy 2 papierosy i dostajemy pieczatki wjazdowe do Kamerunu.
Teaz rozpoczyna sie dluga podroz do cywilizacji. Jestesmy gleboko w dzungli w miejscu, gdzie Kamerun styka sie z Kongo i RSA. Transport jest sporadyczny i wolny. Etap pierwszy do Yokadouma pokonujemy nastepnego dnia. Okazuje sie, ze jedyne co jedzie dalej to mala Toyota Tercel kombi. Samochod na maksymalnie 5 osob, ale jestesmy w Afryce, wiec na 11 plus kierowca. Do bagaznika wchodza 4 osoby. Na tylnim siedzeniu upycha sie 5 osob. Obok kierowcy siedzielismy my dwoch i dorzucili nam na kolana 7 letnia dziewczynke. Wszystkie bagaze na dach. Po 40 minutach postoj. Hamulce sie zapowietrzyly. Po nastepnych 40 minutach znowu naprawa hamulcow. Tym razem chyba lepiej bo dojechalismy do Yokadouma bez dalszych napraw. Jedynie 200 kilometrow, ale zajelo nam to 8 godzin. Przed wjazdem do Yokadouma, wojskowy na punkcie kontrolnych ochranil kierowce, ze tylu ludzi wpakowal do samochodu- "gorzej jak sardynki!"
Na zajutrz bierzemy autobus do Bertoua. W sumie jest okolo 50 chetnych wiec jada 2 autobusiki. Do kazdego upycha sie po 25 osob. Nie jest wygodnie, ale lepiej niz w Toyocie. Zaczyna padac mocny tropikalny deszcz. Kolo nas nie ma okna, wiec podnosimy z podlogi jakas dykte i probujemy zakryc okno. Po dwoch godzinach wybojow slyszymy jakies dzwieki od podwozia. Autobus staje. Mechamizm roznicowy sie popsul. Okazuje sie, ze chlopaki na dachu maja drugi. Przez godzine probuja naprawic, ale cos poszlo nie tak. Przyjezdza drugi autobusik, wypchany jak nasz. Kierowcy sie dogaduja i zaczynaja przeladowywac bagaze z naszego na drugi autobus. Pozostaje jeszcze problem upchania 50 osob do autobusu, gdzie ledwie miesci sie 25 osob. W tym celu usuwa sie siedzenia ze srodkowego rzedu i zamiast jednego siedzacego pasazera ma sie 5 stojacych. Jest ciezko, bo nie moge sie wyprostowac bo dach niski. Na najblizszym postoju decydujemy sie jechac wiszac na drabinkach za
autobusem. Tak wytrzymujemy 3 godziny. Trzeba trzymac sie mocno, by nie stracic oparcia pod nogi jak autobus podskoczy. Przez nastepne 3 godziny znowu skuleni jedziemy w srodku. Do Betoua dojezdzamy na 8 wieczorem. Jest juz nastepny autobus do Yaounde. Idziemy cos zjesc. Najlepsze jedzenie jest u kobiet smazacych rybki na grillu zrobionym z obreczy kola. Rybka byla tak dobra, ze zjedlismy po dwie!
Opuszczamy na dobre dorzecze rzeki Kongo. Przez caly pobyt w RSA i poludniowym Kamerunie nie napotkalismy zadnych innych bialych. Moje wrazenia sa takie, ze wioski w dzungli sa ubozsze niz na polnocy Kamerunu, ale latwiej tu o jedzenie. Ziemia jest zyzna, opadow wiecej. Mozna latwiej wychodowac owoce. I czasem zlapac jakas zwierzyne.
Do Yaounde dojezdzamy o swicie. Jestesmy tak umorusani, ze ludzie pokazuja na nas palcami. Ladowacze bagazu pytaja sie czy chcemy gdzies zmienic ubranie. Ale my na zmiane nic nie mamy. Bierzemy kolejny autobus do angielsko-jezycznej czesci Kamerunu. Jedziemy do Bamendy, gdzie docieramy po 32 godzinach ciaglej jazdy z Yokadoumy.
Krzysiek