Kiedys G'N'R spiewali "take me down to the paradise city, where the grass is green and the girls are pretty". Gdyby zmienic troche tekstu na "where the palms are green ..." to tym miastem na pewno bylby Foumban. Wiekszosc mieszkancow to Muzulmanie. I jeszcze tyle pieknych kobiet nie widzialem w Kamerunie. Chodza z glowami owinietymi szalami, wyprostowane i dumne. Maja dosc jasna skore i oczy podkreslone drobnym makijazem.
W Foumbam miesci sie palac sultana. Dosc nowoczesna, ale ciekawa konstrukcja. Akurat jak skonczylismy ogladac muzeum do palacu wracal sam sultan. Jakis podwladny niosl nad jego glowa ogromny parasol chroniacy jego Wysokosc od slonca. Potem sultan rozsiadl sie na tronie przy wejsciu i kazdy Muzulmanim przechodzacy przed wejsciem oddawal mu posluzny poklon.
Zaraz za palacem jest ogromy targ podzielony na dwie czesci. W jednej czesci sprzedaja mezczyzni i mozna tam znalezc czesci samochodowe i chinski plastik. Ciekawsza jest czesc gdzie sprzedaja kobiety. Tam mozna znalezc mnostwo owocow. Kazda pani pokroi na miejscu owoc i mozna go zaraz skonsumowac. Czasem nie wiemy jak sie cos je i wtedy jest mnostwo smiechu wokol. Przywyklismy do tego, ze sie z nas smieja. W samym targu jest ogromny meczet. Podchodzimy niesmialo do bramy i tak sie zastanawiamy czy mozemy wejsc do srodka. Akurat skonczyly sie modly i cala grupa mezczyzn wychodzi ze srodka. Zobaczyli nasza konsternacje i pytaja sie jak moga pomoc. Zapraszaja nas do srodka. Wchodzimy na sam szczyt minaretu skad rozciaga sie widok na caly Foumban. Wchodzimy tez do srodka meczetu. Ten mial wydzielony taras dla kobiet.
Kolejnego dnia opuszczamy Foumban. Czas zapelnienia sie autobusu jest calkiem niezly, bo 2.5 godziny. W tym czasie obserwuje jak 3 kobiety sprzedaja jedzenie. Jedna ma bagietki, jedna cassave i jedna jakas zielona maz zawinieta w lisc bananowy. Ta z bagietkami na przy piersi male dziecko, najwyzej rok. Dzieciak albo spi albo wrzeszczy, ze chce cycka. Jak podchodzi jakis chetny na jedzenie, to kobieta przywoluje corke i oddaje malucha. Zrecznym ruchem reki przekraja bagietke na pol, wrzuca troche makaronu z jakims sosem, troche gotowanej fasoli, przelicza zaplate i zabiera z powrotem malucha. Biznes rodzinny. Doszedlem do wniosku, ze jakby te autobusy afrykanskie odchodzily na czas to taki biznesik mialby maly utarg. A tak, jak sie czeka 2-3 godziny, to kazdy w koncu kiedys zglodnieje. Obok gosciu ma na scianie powieszona na gwozdziu patelnie. Na stoliku ma toporny palnik na benzyne. Jak ktos chce jajecznice, to palnik szybko zostaje odpalony, patelnia zdjeta z gwozdzia i w 2 minuty jajecznica gotowa.
W koncu ruszamy po tych 2.5 godzinach oczekiwania. Droga jest piekna. Wije sie dziesiatkami zakretow miedzy wzgorzami zarosnietymi palmami. Jedzie sie wolno. Potem, blizej Douala jedziemy szybciej. W Douali, szybko przesiadamy sie na nastepny autobus i jedziemy w kierunku miasteczka polozonego nad zatoka gwinejska - do Limbe. Ale Limbe omijamy szerokim kolem.
Jedziemy do malej wioski rybackiej Batoke. Mieszkany nad samym oceanem. Nad nami wznosi sie gora Kamerun - ciagle aktywny wulkan. Piasek na plazy ma kolor ciemnego brazu. To skruszona przez fale oceanu lawa wulkaniczna. Caly dzien totalnej laby. Fale sie dosc duze, wiec probuje troche porobic body-surfing. Jak dobrze wymierze to fala niesie przez jakis 10-15 metrow. Woda jest tak ciepla, ze wogole nie chce sie z niej wychodzic. Przez caly dzien widac rybakow lowiacych ryby na pobliskich wodach. Wieczorem idziemy do wioski na jedzenie. Znajdujemy kobiete z grillem jak zwykle zrobionym z obreczy kola samochodowego. Jemy po 2 ogromne ryby. Nie bede ukrywal - chyba najlepsze ryby jakie kiedykolwiek jadlem. Zjedzienie calego obiadku, lacznie z pieczeniem rybek zajmuje 4 godziny. Jak mowilem dzis laba, nigdzie nam sie nie spieszy. Kolejnego dnia budzimy sie wczesnie i lecimy jeszcze sie pokapac. Szanse, ze w najblizszej przyszlosci bede sie kapal w zatoce gwinejskiej sa znikome. Potem jedziemy do Douali.
Jutro mamy samolot do domu. Jutro przed samym wylotem napisze jeszcze jakies refleksje w tej wycieczki.
Na razie - Krzysiek
Po przeczytaniu tego artykułu już nie mogę usiedzieć na miejscu, poszedłbym tam i piechotą...
Posted by: Kogo | 21 February 2009 at 11:10 AM