Mysle, ze Berberati doskonale oddaje klimat Republiki Srodkowej Afryki. Berberati to drugie pod wzgledem wielkosci miasto w RSA. Nie ma tu jednak nawet biezacej wody. Po odkreceniu kurki pozostaja suche. W calym miescie nie ma pradu. Niektorzy jada na generatorach. Jest dostep do internetu, ale tylko miedzy 4-7, bo wtedy jedynie odpala sie generator. Internet co 5 minut sie rozlacza. W calym miescie nie ma centymetra asfaltowej drogi. Poszlismy na poczte. Pan sprzedal nam znaczki, ale wyslac nic nie mozna. Poczta nie dziala. Zeby cos wyslac trzeba jechac do stolicy 400 km. Bylismy w prymitywnym szpitalu zobaczyc jak tam sprawy sie maja, ale nie lepiej. Za miastem jest opuszczone lotnisko. Nie ma nikogo. Z wiezy kontrolnej schodzi farba. Kiedy wyszedlem z internetu o 7 wieczorem na zewnatrz bylo ciemno jak w du... u murzyna. Wpadlem na jakas babke. Potem szedlem za kims kto malutka latareczka oswietlal droge. Ksiadz z misji zaprowadzil nas na obiad i cos zamowil. Nie wiem na 100% co to bylo ale zgadujemy, ze krowie zoladki. Gdybym byl sam to bym nie zjadl, ale tak to musialem.
Z Berberati bierzemy tzw. trafique do Nola. Znowu kolejny punkt kontrolny i znowu portfel chudnie. Dobrze, ze ostatni. Z Nola bierzemy 2 motocykle i jedziemy 50 km do Mongasao, gdzie na misji sa ponoc Polacy. Po 50 km piaskowej drogi mamy doslownie kurz miedzy zebami. Wlosy sa czerwone i twarz jak u Indianina. Zsiadamy z tych motorkow i mowimy "Dzien Dobry". Zostajemy na 1 noc. Na kolacje dostajemy doskonale upieczone mieso z antylopy. Pracuje tu 2 ksiezy i zajmuja sie grupa pigmejow. Fajnie to wyglada. Solidny murowany kosciol i obok kilkadziesiat szalasow. Ide sie przejsc po wiosce i porobic kilka zdjec. Jakis gosciu byl bardzo pomocny jak robilem zdjecia i poprosil o kilka groszy. Dalem mu bez problemu. Na to inny lapie mnie za reke i ciagnie. Prawie, ze lecimy do jakiejs lepianki. Gosciu znika w lepiance i wyciaga kobite i pokazuje na aparat, bym robil zdjecia. Od ksiedza Grzeska dowiadujemy sie jakie relacje panuja miedzy pigmejami. Tutejsi pigmeje
pochodza ze szczepu Baaka. Ogolnie sa bardzo zazdrosni. Jak komus sie lepiej wiedzie to potrafia nawet otruc.
Nastepnego dnia jest niedziela. My jedziemy dalej na poludnie do Bayanga, ale jestesmy tez na czesci mszy odprawianej dla pigmejow. Wiecej spiewu niz mowy, ale cel ewangelizacji zostaje osiagniety. Idziemy na droge, zeby zlapac cos do Bayanga. Pochodzi do nas jakis chlopak i mowi, ze szef wioski chce sie z nami zobaczyc. OK. Idziemy. Na srodku wioski jest mala slomiana wiata i tam w cieniu siedzi paru gosci. Podstawiaja nam krzesla i zaczyna sie mowa. Maly pigmej dosc elokwentnym jezykiem wyjasnia, ze doszly go sluchy, ze wczoraj robilismy we wsi zdjecia. On sie obawia, ze kradniemy czesc kultury pigmejow. Chce zobaczyc nasze oficjalne papiery na robienie zdjec. To jest Afryka. Na wszystko musi byc papierek z mnostwem pieczatek. Fajnie sie siedzi pod ta wiata, bo jest cien. Na otwartym powietrzu slonce daje niemilosiernie. Jakos ten gosciu nie robi na mnie wrazenia. Wojskowi to co innego, maja srogie miny i karabiny. Wokol zebrala sie juz cala wioska, czyli ze 200-250 osob. Poniewaz nam sie nie spieszy, bo i tak nic nie jedzie do Bayanga, wdajemy sie w rozwowe z gosciem. Pytamy sie czy on ma oficjalne papiery by zadac od innych oficjalnych papierow. Gosciu znika z chacie i przynosi jakies swistki. Rozmowa jest dosyc przyjemna i nienerwowa. W koncu mowimy mu, ze damy mu jakies podatki. Taka rozmowa nie moze toczyc sie na oczach calej wioski. Znikamy w malej chacie i chcemy mu dac mala buteleczke whisky i paczke papierosow. Ale gosciu nie chce. Pieniadze. W koncu sie troche denerwuje i mowie mu, ze musi mi wystawic zaswiadczenie "ja, taki i taki wzialem od dwoch turystow 3000 CFA za robienie zdjec we wiosce". Mowie mu, ze w stolicy Bangui pojde do ministra turystyki i spytam sie czy gosciu mial prawo. To wszystko oczywiscie blef. Gosciu kasuje forse i po 20 minutach przynosi swoja wersje zaswiadczenia "ja, taki i taki przyjalem po przyjacielsku we wiosce Mongasao dwoch bialych turystow i w zamian dostalem malutki upominek". Jak na pigmeja to dosc inteligentny :-) Zegnamy sie z gosciem i idziemy czekac na nasz transport. Przyjezdza po 2 godzinach. Ciezarowka. Ladujemy nasze graty i znajdujemy jakis skrawek wolnego miejsca pomiedzy karnistrami z benzyna i kisciami zielonych bananow. Po 2 godzinach jestesmy w Bayanga.
cdn.
Comments